środa, 6 lutego 2013

Bez samochodu, ale z powodzią

Tak jak obiecywałam, chciałabym w końcu zacząć pisać o moim zwariowanym życiu w Niemczech.

Mieszkam w regionie, gdzie są same miasteczka i wioseczki. Moja mieścinka ma 5.000 mieszkańców, dookoła same wioski. Jest w pobliżu jedno miasto, które ma 20.000 mieszkańców i uchodzi tutaj za duże, bo przynajmniej mają centrum handlowe. Do najbliższego naprawdę dużego miasta trzeba jechać 50 minut samochodem.

Nie mam ani prawa jazdy, ani samochodu. Swego czasu nie posłuchałam rodziców i nie poszłam na kurs prawa jazdy, tak więc nigdy nawet nie próbowałam go zrobić. Od tego czasu często sobie obiecuję, że w końcu to zrobię, ale odpowiedni moment jakoś nie nadchodzi.

W moim regionie bardzo ciężko jest żyć bez samochodu. Kiedy ludzie słyszą, że go nie mam, to zawsze bardzo dziwią się, że żyję tu bez auta. Każdy jest w szoku i robi wielkie oczy. No cóż, sama jestem tym bardzo zaskoczona. W regionie tym wylądowałam zupełnym przypadkiem. Gdybym swego czasu miała jakiś wybór, to na pewno wolałabym mieszkać w dużym mieście. Życie moje potoczyło się i toczy się jednak w szalony sposób.

Nie ma tutaj połączeń autobusowych pomiędzy poszczególnymi miasteczkami i wioskami. Tzn. widuję czasami autobusy, ale jeżdżą raz czy dwa razy na dzień. Swego czasu szukałam pracy i 95% ofert dla mnie odpadało, bo nie mam prawa jazdy. Jak mogłabym dojechać do pracy, skoro nie mam samochodu? Tak to u nas jest. Nie znam nikogo, kto nie miałby samochodu. Kiedy chcę odwiedzić przyjaciół, to oni muszą mnie odebrać, bo nie mam jak się do nich dostać. Dodatkowym utrudnieniem jest fakt, że moi najlepsi przyjaciele mieszkają na górze wznoszącej się nad miastem. Raz, tylko raz próbowałam tam wjechać rowerem i już nigdy nie będę próbować. Pod górkę musiałam prowadzić ten rower, a kiedy potem zjeżdżałam na dół, to skończyło się to fatalnym wypadkiem. Straciłam panowanie nad rowerem i uderzyłam w barierkę koło drogi. Miałam ogromne szczęście, że akurat nie przejeżdżał żaden samochód, bo byłoby po mnie. Jeśli uderzyłabym głową w tę barierkę, to byłby koniec. Ale powiem w tym momencie jedno: to nieprawda, że człowiekowi przelatuje całe życie przed oczami, kiedy ma zginąć. W momencie kiedy przekoziołkowałam na moim rowerze, myślałam raczej o tym, że szkoda, że umieram w taki sposób. Pamiętam, że pomyślałam też o moich rodzicach. Kiedy już leżałam na ziemi, nie mogłam uwierzyć w to, że przeżyłam. Minęła dłuższa chwila, zanim udało mi się podnieść. Wieczorem jednak strasznie zaczęła mnie boleć głowa i poszłam do szpitala. Okazało się, że mam wstrząśnienie mózgu. Od tamtej pory już nigdy nie próbowałam wjechać rowerem na tę górę. W ogóle unikam jeżdżenia na rowerze, bo moje miasto jest bardzo specyficzne. Leży na wzniesieniach, cały czas jest: góra, dół, góra, dół. Kobiety nie noszą tutaj szpilek.

Bez samochodu jest też trudno dlatego, że kiedy mam gdzieś się dostać, to muszę zaplanować pół dnia, często cały dzień. Jeśli się da, to jadę pociągiem. Jeśli się nie da, to nie jadę w ogóle. W środy prowadzę teraz kurs polskiego dla Niemców w pobliskim mieście. Miasto to jest tylko 20 km od mojego, ale co z tego, skoro nie ma tam dojazdu? Muszę jechać pociągiem, potem się przesiąść, a potem jeszcze autobusem. Kurs jest o 18:00, a ja o 15:00 muszę wyjść z domu, a przecież to "tylko" 20 km!!! Na powrotny pociąg o 20:00 wyrabiam się tylko dlatego, że jakiś uczestnik kursu zawsze podrzuci mnie na dworzec. Inaczej musiałabym czekać godzinę na następny pociąg, co zresztą już nieraz mi się zdarzyło. Dlatego zawsze mam przy sobie książkę, którą w takiej sytuacji mogłabym czytać w trakcie czekania. Gdybym miała samochód, to dojazd na ten kurs i z powrotem zająłby mi 2,5 godziny. Bez samochodu jest to 6-7 godzin, ale co mam zrobić? Raz musiałam pojechać na badanie do szpitala oddalonego zaledwie o 12 km i musiałam poprosić przyjaciółkę, żeby mnie zawiozła, bo inaczej nie mogłabym się tam dostać. Szpital jest położony tak jak wszystkie szpitale tutaj: na wysokiej górze. Nie wiem dlaczego, ale tak jest. To dotyczy również wielu firm, przedsiębiorstw, hoteli: leżą na wzniesieniach, na które prowadzą wjazdy z ostrymi zakrętami i można się tam dostać tylko samochodem albo samolotem, bo są tam też lądowiska dla małych samolotów.

Na początku mojego pobytu tutaj nie wiedziałam, jak to wszystko funkcjonuje. Raz spóźniłam się na ostatni pociąg do mojej mieściny i musiałam nocować na dworcu. Cóż, przynajmniej miałam wtedy gwarancję, że nie spóźnię się na pierwszy pociąg :)

Życie bez samochodu jest o tyle denerwujące, że kiedy pada deszcz i muszę udać się gdzieś daleko, to wyglądam jak zmokła kura (czy jakoś tak). Ostatnio miałam taką sytuację: musiałam udać się do miasta oddalonego o 35 km. Tego dnia strasznie padało i wiał bardzo silny wiatr. Nie dało się utrzymać parasola, więc niesamowicie zmokłam. Mogłam sobie darować wcześniejsze mycie włosów i robienie makijażu, bo wyglądałam potem tak, jakbym tego nie zrobiła. Dlatego kiedy mam gdzieś pojechać, to zawsze planuję to tak, żeby mieć jeszcze chwilę na doprowadzenie się do porządku w jakiejś toalecie. Muszę zabrać cały ekwipunek: kosmetyki i czasami ubranie na zmianę, dlatego zawsze jestem obładowana torbami i wyglądam, jakbym gdzieś wyjeżdżała, podczas gdy jadę tylko na pół dnia do miasta oddalonego o kilkanaście km (!). Cóż jednak innego mogę zrobić?

Jestem tak zajęta, że już od kilku tygodni próbuję pójść do banku. Jeśli już mam chwilę wolną, to w południe, a w południe bank jest zamknięty (przerwa obiadowa). Bank jest na drugim końcu miasta. Gdybym tak miała samochód, to mogłabym po prostu szybko podjechać, a tak muszę zaplanować 2 godziny na spacerek tam i z powrotem. Podobnie jest z zakupami - supermarkety są po drugiej stronie miasta.

Czy mam zamiar zrobić prawo jazdy? Nie mam takiego zamiaru. Po pierwsze: nie mam pieniędzy na kurs, bo w Niemczech zrobienie prawa jazdy jest bardzo drogie, a ja takich pieniędzy na oczy nie widziałam. Po drugie: już przyzwyczaiłam się do takiego życia. Kiedy marnuję czas na dojazdy, to zawsze przysięgam sobie, że w końcu zrobię to głupie prawko, ale nigdy nic z tego nie wychodzi. W najbliższych miesiącach też na pewno nie wyjdzie, bo nie mam czasu na chodzenie na kurs. Jest on wieczorem, a ja wieczorami mam pracę, więc odpada. 

Mieszkam nad dużą rzeką. Już od dwóch tygodni non stop pada deszcz. Skutkiem tego jest powódź. Poziom wody w rzece jest już bardzo wysoki, w wielu miejscach wylewa. Tutaj całe życie toczy się wokół rzeki, wiele rzeczy i ludzi jest od niej zależnych. Rejsy dla turystów zostały już wstrzymane.  Kiedy rzeka wylewa, to ulice są zamykane i do wielu miejscowości nie można się dostać. Tzn. może inni mają ten problem, ale ja nie, bo jeśli już jadę, to pociągiem, a tory są na dużej wysokości, więc na razie nie grozi im zamknięcie. Kiedy dzisiaj jechałam pociągiem na kurs polskiego, to patrzyłam w dół, na rzekę, i ogarniało mnie przerażenie. Domy nad rzeką są już podtopione, wiele ulic jest zalanych. Z góry doskonale to było widać. Ja mieszkam ok. 300 m od rzeki, na trochę wyższym poziomie, i nie powinno zalać mojej ulicy, ale nigdy nie wiadomo. Mam nadzieję, że w końcu przestanie padać, ale prognozy pogody nie są niestety optymistyczne pod tym względem. Ma padać dalej. Nawet nie chcę o tym myśleć. Miejmy nadzieję, że nie będzie tak źle.

Mam też nadzieję, że ten post nie był taki nudny i że nie dało się go przeczytać. Wiem, że stylistycznie może nie jest doskonały, ale wyszłam już z wprawy w pisaniu po polsku, gdyż teraz piszę tylko po niemiecku.

Następny post będzie pod tytułem: "Ordnung muss sein" :) Potem napiszę też o tym, jak bardzo nienawidzę przerwy obiadowej.

1 komentarz:

  1. Faktycznie, kiepsko masz z tym transportem. Ja zrobiłam prawko dwa lata temu i... nie jeżdżę:/ jestem zła na siebie za to ale po prostu nie mam auta, a nieswoim boję się jeździć.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń