środa, 29 stycznia 2014

Z cyklu "znane osobistości": Reinhold Messner

Jako miłośniczka himalaizmu i niespełniona himalaistka muszę oczywiście napisać o postaci Reinholda Meissnera. No ok, przyznaję się - "niespełniona himalaistka" to może źle powiedziane, bo mam paniczny lęk wysokości i boję się wyjść nawet na balkon, ale w snach zdobywam Mount Everest. Zimą oczywiście, a nie latem (dla niezorientowanych - zimą jest trudniej).

Przechodzę jednak do rzeczy.

Reinhold Messner urodził się 17 września 1944 roku w południowym Tyrolu, czyli niemieckojęzycznej części Włoch. Miał 7 braci i siostrę. Jego języki ojczyste to niemiecki i włoski. Już jako dziecko chciał zostać wspinaczem wszechczasów i udało mu się to. Jest nie tylko wspinaczem, ale i działaczem społecznym oraz politykiem. Dzieciństwo miał smutne, gdyż był bity przez ojca, który nauczał w miejscowej szkole, a prywatnie interesował się wspinaczką. Reinhold razem ze swym bratem, Güntherem, uciekał w góry, gdzie czuł się bezpiecznie. Już jako nastolatek przeszedł wiele trudnych górskich dróg, a jako 18-latek miał za sobą trudne wspinaczki w Dolomitach.

Messner wprowadził alpejski styl wspinania - chodziło o zabieranie ze sobą jak najmniejszej ilości rzeczy. Często zabierał ze sobą tylko linę i kilku haków, innym razem tylko mały plecak. Nie będę tu opisywać wszystkich jego osiągnięć, gdyż myślę, że może to być ciekawe głównie dla osób interesujących się wspinaczką. Wspomnę tylko, że zanim skończył 20 lat, miał za sobą przejście około 500 dróg we wschodnich Alpach.

W 1971 roku uzyskał tytuł inżyniera na Uniwersytecie w Padwie.

W 1969 roku zaczął wspinać się w góry wysokie i tutaj zaczyna się to, co jest najbardziej interesujące. W 1970 roku rozpoczął wspinanie się w górach Pamir, Hindukusz, Karakorum i w Himalajach. Zaraz na samym początku spotkała go jednak tragedia. Został zaproszony przez niemiecką wyprawę na wspinaczkę na ścianę Rupal góry Nanga Parbat, która to ściana do tej pory pozostawała niezdobyta. Podczas schodzenia ścianą Diamir zastała ich burza śnieżna i przez 4 dni nie mogli schodzić dalej. Reinhold wyprzedził brata i czekał na niego na dole. Günther jednak się nie pojawiał, dlatego Reinhold rozpoczął jego poszukiwania, odnalazł jednak tylko ślad po lawinie, która porwała Günthera. Przez kolejne 35 lat poszukiwał jego ciała i był atakowany przez współtowarzyszy wyprawy, którzy sądzili, że pozostawił brata na ścianie Rupal, sam schodząc po ścianie Diamir. W 2005 roku odnaleziono ciało Günthera i Reinhold został oczyszczony z zarzutów.

Po powrocie lekarze amputowali mu 7 palców. Trudniejsze od tego była dla niego śmierć ukochanego brata.  Zrozumiał wtedy, że śmierć jest praktycznie nieodłącznym elementem wspinaczki wysokogórskiej (wystarczy wspomnieć, że większość wybitnych himalaistów zginęła w górach). Ta tragiczna wyprawa była równocześnie punktem, kiedy to Messner postanowił zdobyć Koronę Himalajów, czyli wszystkie 14 ośmiotysięczników. Żeby zrozumieć, jak wielkie jest to osiągnięcie, trzeba interesować się himalaizmem. Zajęło mu to 16 lat (1970-1986). Warto w tym momencie nadmienić, że polski himalaista, Jerzy Kukuczka, ścigał się z Messnerem. Kukuczka jako drugi człowiek to osiągnął, zajęło mu to jednak tylko 8 lat. Dużym osiągnięciem Messnera było zdobycie Mount Everest bez użycia tlenu (1978). Po zdobyciu ośmiotysięczników wyruszał w różne rejony świata na wyprawy eksploracyjno-podróżnicze.

Po tym jak przestał czynnie uprawiać wspinaczkę, zajął się polityką. W latach 1999-2004 zasiadał w Parlamencie Europejskim z ramienia Federacji Zielonych. Następnie zajął się projektem "MMM", czyli "Messner Mountain Museum". W 2006 muzeum zostało otwarte w zamku Sigmundskron koło Bozen, następnie w kilku innych miejscowościach.

Dzisiaj Messner zajmuje się wygłaszaniem odczytów i prelekcji. Z rodziną mieszka w zamku Juval (pd. Tyrol), hoduje jaki i prowadzi własną winnicę.

Swoje wyprawy opisał w ok. 50 książkach.


Messner po zdobyciu ostatniego ośmiotysięcznika - Lhotse (1986)


Reinhold Messner dziś

Źródła:

Tekst i zdjęcia

Oficjalna strona:

http://www.reinhold-messner.de/

Film o tragicznej wyprawie na Nanga Parbat:

"Das Drama um G. Messner"

sobota, 25 stycznia 2014

Z cyklu "znani Niemcy": Wilhelm Conrad Röntgen

Wielu z nas zapewne miało robione zdjęcia rentgenowskie. A komu zawdzięczamy to, że diagnostyka medyczna w ten sposób jest w ogóle możliwa? Zapraszam do czytania. 

Wilhelm Conrad Röntgen urodził się w 1845 roku w Lennep w Niemczech. Był jedynakiem. Z powodów ekonomicznych rodzina przeniosła w 1848 roku do Apeldoorn w Holandii. W latach 1861-1863 Röntgen uczęszczał do technicznej szkoły w Utrecht. Został z niej wyrzucony, gdyż omyłkowo uznano go za autora karykatury jednego z nauczycieli. 23 listopada 1864 roku rozpoczął studia na Eidgenössische Technische Hochschule Zürich (Politechnika Federalna, w skrócie ETH). Było to możliwe, gdyż nie wymagano tam wcześniejszych dyplomów, lecz jedynie egzaminu wstępnego. W 1868 roku otrzymał dyplom inżyniera budowy maszyn, w 1869 uzyskał tytuł doktora na uniwersytecie w Zurychu. 

Od 1870 roku pracował w Würzburgu jako asystent Augusta Kundta (znany niemiecki fizyk) i opublikował tam pierwszą rozprawę naukową. W 1872 poślubił Annę Berthę Ludwig, w 1874 otrzymał na Uniwersytecie Strasburg habilitację. Uniwersytet Würzburg odmówił mu habilitacji ze względu na to, że nie miał matury. Od 1875 roku pracował jako profesor nadzwyczajny na Akademii Rolniczej w Hohenheim, następnie był profesorem fizyki w Strasburgu. W otrzymaniu tego stanowiska pomógł mu A. Kundt.  Od 1879 pracował w Gießen. W 1887 roku małżeństwo Wilhelma i Anny Röntgenów zaopiekowało się córką jej brata, Josephine Berthą, którą później adoptowali.

Następnie Röntgen  powrócił do Würzburga, gdzie w 1888 został mianowany profesorem fizyki eksperymentalnej, 5 lat później został rektorem uniwersytetu. "Promienie X" zostały przez niego odkryte właśnie tutaj, 8 listopada 1895 roku. Potem określano je właśnie jako promienie rentgenowskie. W wielu językach przyjęła się właśnie ta nazwa, po polsku również, podczas gdy np. po angielsku nie. 22 grudnia 1895 roku Röntgen  zrobił w ten sposób zdjęcie dłoni swojej żony, na którym doskonale widoczne były kości i obrączka. Do tej pory ukryte części ludzkiego ciała w końcu były widoczne. Prześwietlenie trwało ponad 20 minut. Długo, prawda? Szkodliwość zbyt długiego czy zbyt częstego prześwietlania nie była wtedy znana i kosztowała życie wielu osób. 

Od 1900 pracował na uniwersytecie Monachium. W 1901 roku otrzymał nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki właśnie za odkrycie promieni. Nagrodę pieniężną ofiarował uniwersytetowi Würzburg. Zrezygnował z opatentowania swojego odkrycia, uzasadniając to w ten sposób, że jego odkrycie służy ogółowi i prawa do niego nie powinny być zastrzeżone jednemu przedsiębiorstwu. Dzięki rezygnacji z patentu odkrycie szybko mogło być zastosowane w medycynie. 

W 1919 roku zmarła jego żona, a rok później przeszedł na emeryturę. Zmarł w 1923 roku na raka jelita. Niestety w testamencie zaznaczył, że jego naukowe zapiski mają być zniszczone, a to życzenie spełnili jego przyjaciele. Z tego powodu zachowane są nieliczne zapiski. 

Röntgen był introwertykiem, uchodził za człowieka skromnego i sprawiedliwego. Także wobec swojej żony był milczący. Lubił góry, chętnie wędrował. 




Źródła:

Zdjęcie 1

Tekst 1

Tekst 2

wtorek, 21 stycznia 2014

Z cyklu "znani Niemcy": Alois Alzheimer

Każdy słyszał określenie "choroba Alzheimera". Dzisiaj napiszę o człowieku, od którego nazwiska pochodzi nazwa choroby. Strasznie mnie denerwuje, kiedy w potocznym języku słyszę to określenie, tzn. kiedy ktoś o czymś zapomni i usłyszy "ty chyba masz Alzheimera". Podobnie jak "on jest chyba upośledzony umysłowo" itp. Zawsze zastanawiam się, co czują ludzie, którzy słyszą takie nieprzemyślane słowa, a mają w rodzinie kogoś chorego i muszą się z tym zmagać na co dzień.

Ale do rzeczy. Alois Alzheimer urodził się 14 czerwca 1864 roku w Marktbreit (Bawaria). Był psychiatrą i neuropatologiem, a także profesorem psychiatrii Uniwersytetu Wrocławskiego. Medycynę studiował w Berlinie, Tybindze i Würzburgu. W 1887 roku otrzymał dyplom lekarza medycyny i przedstawił swoją dysertację doktorską.

W 1889 roku rozpoczął pracę w zakładzie psychiatrycznym "Städtische Anstalt für Irre und Epileptische" we Frankfurcie. Nieco zrewolucjonizował jego funkcjonowanie. Chyba każdy nas czytał/słyszał o nieco brutalnym jak na dzisiejsze standardy traktowaniu pacjentów szpitali psychiatrycznych w tamtych czasach. Alzheimer wspólnie z neurologiem Franzem Nisslem wprowadził zasadę polegającą na unikaniu środków przemocy, np. kaftanów bezpieczeństwa albo karmienia na siłę. Niektórzy pacjenci mogli swobodnie poruszać się po zakładzie i brać udział w wycieczkach. W 1902 roku Alzheimer rozpoczął pracę w Heidelbergu, potem pracował w Monachium. Nadal współpracował z F. Nisslem. W 1912 roku został kierownikiem Katedry Psychiatrii Uniwersytetu Wrocławskiego.

Zmarł w wieku zaledwie 51 lat, kiedy to gwałtownie podupadł na zdrowiu. Dręczyły go niewydolność nerek, wada serca i duszności. Zmarł 19 grudnia 1915 roku we Wrocławiu, a pochowany został we Frankfurcie obok swojej żony (z którą miał troje dzieci).

A skąd wzięła się nazwa "choroba Alzheimera"?

25 listopada 1901 roku A. Alzheimer poznał nową pacjentkę, 51-letnią Auguste Deter. Do zakładu psychiatrycznego we Frankfurcie została ona przywieziona przez swojego męża, który zauważył w ostatnim czasie duże zmiany w jej zachowaniu. Jego żona zrobiła się zazdrosna, zapominała, jak wykonywać podstawowe czynności w domu, chowała rzeczy i nie potrafiła ich odnaleźć, czuła, że ktoś ją śledzi. Po rozmowie z nią Alzheimer orzekł, że pacjentka udziela odpowiedzi, które nie mają związku z pytaniem. Poza tym nie ma orientacji czasoprzestrzennej i nie pamięta szczegółów z życia. Jej nastroje bardzo często się zmieniały. Nie mogła swobodnie poruszać się po zakładzie. Miała również zaburzenia mowy oraz kłopoty z utrzymaniem higieny.

Auguste Deter nie była pierwszą pacjentką z takimi objawami, jaką spotkał Alzheimer. Inni pacjenci mieli jednak przeważnie ponad 70 lat. Dlatego właśnie jej poświęcił dużo uwagi. Przeprowadził z nią wiele rozmów, podczas których powtarzała "ach Gott" ("o Boże"). Pewnego razu powiedziała "ich habe mich sozusagen selbst verloren" ("poniekąd sama się zgubiłam").

Alzheimer co prawda nie pracował długo we Frankfurcie, ale nadal interesował się pacjentką i dowiadywał się o jej stan zdrowia. Zmarła ona 9 kwietnia 1906 roku w wyniku zakażenia krwi. Na prośbę Alzheimera przesłano mu do Monachium jej historię choroby, a także jej mózg. W badaniu mikroskopowym stwierdzono rozległe zwyrodnienie komórek nerwowych. Chorobę lekarz określił jako "Krankheit des Vergessens" ("choroba zapominania"). Nazwa "choroba Alzheimera" została po raz pierwszy używa przez Emila Kraepelina w 1910 roku, natomiast oficjalnie przyjęta została w 1967 roku na kongresie lekarzy w Lozannie.

To jednak nie wszystkie zasługi Alzheimera. Psychiatria zawdzięcza mu też opis symptomatologii miażdżycy, otępienia starczego, jego odmian oraz delirium.

Alois Alzheimer


Auguste Deter


Źródła:

Tekst 1

Zdjęcia

Tekst 2

sobota, 18 stycznia 2014

Glücksbringer - co przynosi w Niemczech szczęście?

Dzisiaj napiszę kilka słów o rzeczach, które w Niemczech uznawane są za talizmany przynoszące szczęście i które uchodzą za symbole szczęścia. Osobiście nie wierzę w coś takiego, uznaję raczej za formę zabawy. Jedynie horoskopy czytam, ale tylko wtedy, kiedy jestem w dołku i szukam pocieszenia.

der Glücksbringer - talizman 

der Glückspilz - szczęściarz

der Glückspfennig - fenig przynoszący szczęście. W czasach euro musiałby to być tak właściwie cent, ale nikt nie myśli o zmianie. Dosyć znane jest niemieckie powiedzenie: "Wer den Pfennig nicht ehrt, ist des Talers nicht wert" - "Kto nie szanuje feniga, nie jest wart talara". 1 marka niemiecka składała się ze 100 fenigów.

das Hufeisen - podkowa. Jako talizman chronić ma dom. Nie może być kupiona, powinna być znaleziona. Zawiesza się ją nad drzwiami wejściowymi do domu.

der Schornsteinfeger (der Kaminkehrer) - kominiarz. Uchodzi w Niemczech za symbol szczęścia, gdyż wcześniej w Nowy Rok to właśnie kominiarz wychodził pierwszy na ulice i gratulował ludziom z okazji nowego roku.

der Marienkäfer - biedronka. Pierwotnie uchodziła za posłańca z nieba Matki Boskiej, chroniła dzieci i chorych, kiedy do nich podleciała. Nigdy nie powinno było się jej strącać lub zabijać, gdyż przyciągało to nieszczęście.

das Glücksschwein - świnka przynosząca szczęście. Szczególnie popularne są świnki z marcepanu, które można kupić tu w prawie każdym supermarkecie. Świnia uchodzi za symbol płodności oraz za znak bogactwa i dobrobytu. Powiedzenie "Schwein haben" oznacza "mieć szczęście".

das vierblättrige Kleeblatt - czterolistna koniczyna. Koniczyna ma zwykle oczywiście trzy liście, więc bardzo trudno jest znaleźć czterolistną. Mi udało się to tylko raz w życiu. Istnieje legenda, która mówi o tym, że przepędzona z raju Ewa zabrała z niego jedną czterolistną koniczynę. Koniczyna jest też dlatego symbolem raju.





Zdjęcia:

Zdjęcie 1

Zdjęcie 2

Zdjęcie 3

czwartek, 16 stycznia 2014

Wojenne historie. Cz. 2

Póki mam wenę, to czas na drugą część wojennych historii.

Mój bundesland, Nadrenia-Palatynat, należał po wojnie do strefy francuskiej. Tak jak już wspominałam, Niemcy mieli wtedy znacznie gorzej niż w trakcie wojny. 90% jedzenia musieli oddawać Francuzom, więc musieli kombinować, jakby tu przetrwać. Nie tylko w tym zakresie były ograniczenia. Nie można było nic wysyłać do innych krajów, a tylko francuscy żołnierze mogli otrzymywać przesyłki.

Szczególnie mięso było wtedy towarem deficytowym. Osoba, która opowiadała mi te historie, zaraz po wojnie zdawała egzamin na prawo jazdy. Tak się zdarzyło, że przejechała królika. Nie można było oczywiście zmarnować takiej okazji, więc od razu obrała go ze skóry. Ona to zrobiła, gdyż egzaminator nie miał w tym doświadczenia, a także brakowało mu odwagi. Jej rodzina bardzo się ucieszyła, widząc królika, którego można było przyrządzić na obiad.

Ludzie często sobie zadają pytanie, czy Niemcy naprawdę nie wiedzieli o obozach koncentracyjnych, o prześladowaniu niektórych narodowości i o okrutnych mordach niewinnych ludzi. Też kiedyś zadawałam sobie pytanie, jak można było o tym nie wiedzieć, bo przecież na pewno były jakieś przecieki. Teraz już nie pytam, gdyż moja znajoma w swoich opowieściach wyraźnie zaznaczyła wpływ propagandy. Obejmowała ona każdego Niemca: od dziecka do staruszka. Nikogo tu nie pominięto. Kiedy wprost ją zapytałam, czy ludzie tutaj naprawdę nic nie wiedzieli, odpowiedziała mi: "Ah, nein, wir waren alle so dumm". Dopiero po wojnie dowiedziano się prawdy, chociaż oczywiście nie można powiedzieć, że Niemcy bezkrytycznie popierali Hitlera. Ojciec mojej znajomej działał w podziemiu, rozdając np. ulotki. Była to tajemnica poliszynela, ale nie było na niego dowodów. Niemniej dom był niejednokrotnie przeszukany, a on sam został wykluczony z lokalnych stowarzyszeń, a podczas lokalnego festynu nikt nie chciał obok niego usiąść ani z nim rozmawiać. Moja znajoma ma w swoim domu ulotki, które podczas wojny rozdawał jej ojciec. Mam nadzieję, że po jej śmierci jej rodzina tego nie wyrzuci. Już im powiedziałam, że chętnie przygarnę.

Do ludzi propaganda oczywiście docierała, w dużym stopniu poprzez radio. Oczywiście nie każdy je miał, ale kiedy miała być transmitowana jakaś ważna mowa Hitlera, to ludzie zbierali się u kogoś, kto miał radio.

sobota, 11 stycznia 2014

Wojenne historie. Cz. 1

W moich licznych planach znajdowały się m.in. historie z II wojny światowej, których miałam okazję wysłuchać. Dzisiaj czas, aby zacząć. Miałam nadzieję, że rok 2014 będzie spokojniejszy dla mnie, ale zaczął się bardzo intensywnie, a to nie wróży najlepiej...

Poziom stylistyczny tego wpisu może w niektórych miejscach budzić wątpliwości. To dlatego że bardzo rzadko piszę teraz po polsku i w niemieckim czuję się pewniej. Za ewentualne niedociągnięcia przepraszam.

Interesuję się historią, więc i II wojną światową. Dopóki miałam okazję, często wysłuchiwałam historii opowiadanych przez moich dziadków. Teraz mam tylko jednego dziadka i widzę go tylko raz na rok, kiedy jadę do Polski. Od jakiegoś czasu postanowiłam pytać starszych znajomych Niemców o ich przeżycia z okresu wojny. Zależało mi na tym, żeby poznać ich perspektywę, dopóki jest czas. Zostało przecież jeszcze tylko kilka lat, nim w ogóle nie będzie ludzi, którzy pamiętają wojnę. Jest co prawda wiele osób po 90-tce, ale duża część z nich cierpi na demencję albo na Alzheimera. Niełatwo jest znaleźć ludzi, którzy wszystko świetnie pamiętają i jeszcze chcą o tym opowiadać. Znam też kogoś, kto prawdopodobnie ma przeszłość nazistowską i dlatego nie chce o tym mówić.

Niedawno miałam okazję porozmawiać z Niemcem, który wychowywał się w Polsce, a po wojnie wraz z rodziną został wypędzony. Opowiedział mi bardzo ciekawe historie, ale na nie jeszcze przyjdzie czas. Kiedy z nim rozmawiałam (było to ok. 2 miesiące temu), pytał mnie w trakcie, co chciałabym jeszcze wiedzieć. Był bardzo otwarty, a ja nie do końca wiedziałam, o co zapytać.

Moje historie zacznę może od propagandy. Osoba, która mi o tym opowiadała, podczas II wojny światowej chodziła do szkoły. Swastyka była obecna wszędzie, było to oczywiście normalne. Co tydzień wszyscy uczniowie i nauczyciele zbierali się, aby wspólnie odśpiewać Deutschlandlied.

Deutschlandlied - potoczna nazwa. Właściwa nazwa brzmi "Lied der Deutschen" ("Pieśń Niemców), jest to od 1922 roku hymn narodowy Niemiec. Został napisany w 1841 roku, ma 3 strofy, ale obecnie tylko trzecia strofa jest śpiewana jako hymn narodowy. W czasach nazizmu (1933-1945) była śpiewana tylko pierwsza strofa - propaganda wykorzystywała jej wymowę i dlatego po II światowej więcej już jej nie wykonywano. Nie jest to co prawda w Niemczech zabronione, ale pierwsza i druga strofa są omawiane w szkołach jako utwór literacki. 

Dziewczęta były skupione w BDM. Organizacja ta uchodziła wtedy za zwykłą organizację młodzieżową, dopiero później była identyfikowana z nazistowskimi Niemcami.

BDM (Bund Deutscher Mädel - Związek Niemieckich Dziewcząt) był damską gałęzią Hitlerjugend. Od 1936 roku każda dziewczyna w odpowiednim wieku (10-18 lat) należała do niego automatycznie, było to tzw. przymusowe członkostwo. W 1944 roku BDM był największą damską organizacją młodzieżową świata z 4,5 mln członkiń. 

Pani, która mi o tym opowiadała, mówiła, że była dumna, że należała do tej organizacji, że dzięki niej czuła się patriotką. Ważna była też przynależność do grupy.

Zaraz przed tym, kiedy było jasne, że wybuchnie wojna, ludzie robili sobie rodzinne zdjęcia, bo nie wiadomo było, czy po wojnie wszyscy jeszcze będą. Osoba, która opowiadała mi te historie, miała jedną siostrę. Jej ojciec przed wojną często mówił o tym, że chciałby mieć syna. Kiedy wojna wybuchła, to cieszył się, że ma 2 córki, gdyż nie musiały one iść walczyć. Zaraz przed wybuchem wojny, w sierpniu, ludzie musieli oddawać na potrzeby armii np. samochody dostawcze. W miejscu, gdzie moja znajoma robiła wtedy szkolenie zawodowe, mieszkała rodzina prowadząca jakieś magazyny (już nie pamiętam, co tam magazynowali). Mieli oni jednego syna, który właśnie w sierpniu musiał dostarczyć do Koblencji samochód dostawczy. Od razu został wciągnięty do armii i już nigdy nie powrócił do domu.

W domu mojej znajomej widziałam takie rodzinne zdjęcie zrobione zaraz przed II wojną światową. Na szczęście u niej także po wojnie rodzina liczyła tyle samo członków.

W trakcie wojny Niemcy nie cierpieli biedy. Nie brakowało jedzenia. Dopiero po wojnie zaczęła się bieda. W moim regionie była strefa francuska. Niemcy musieli oddawać dużą część jedzenia Francuzom. Cytat pani opowiadającej mi o tym: "Dopiero po wojnie zrozumieliśmy, co to jest bieda. Mój ojciec... Zdaje się, że po wojnie zajęty był tylko i wyłącznie tym, jak zapewnić rodzinie jedzenie. Nie pamiętam, żeby w tych latach robił coś innego".

poniedziałek, 6 stycznia 2014

"Der Vorleser" - o filmie i książce

Domyślam się, że każdy słyszał o słynnej książce Bernharda Schlinka "Der Vorleser" (1995), czyli w polskim tłumaczeniu "Lektor". Książka ponownie rozpętała dyskusję na temat odpowiedzialności za zbrodnie popełniane przez młode kobiety w czasach II wojny światowej - chodzi tu przede wszystkim o strażniczki w obozach koncentracyjnych. Do tej pracy wybierano młode kobiety, które chciały dobrze zarobić i które na początku zwykle nie zdawały sobie sprawy z tego, na czym będzie polegała ich praca. Po zakończeniu wojny większość z nich stanęła przed sądami, broniąc się w ten sposób, że przecież wykonywały tylko rozkazy przełożonych i że chciały dobrze wykonywać swoją pracę.

Jeśli ktoś z Was nie zna tej problematyki, to polecam lekturę świetnego, bardzo ciekawego artykułu na portalu interia.pl pt. "Nazistowskie zbrodniarki wojenne: Jak stały się bestiami?":

Nazistowskie zbrodniarki wojenne: Jak stały się bestiami?

 Historia jednej z takich kobiet opisana jest w książce "Der Vorleser". Do fabuły dochodzi tu aspekt romansu dojrzałej kobiety z młodym chłopcem, tak właściwie jeszcze nie mężczyzną. Motyw takiego romansu znajduje się jeszcze np. w powieści "Die Entdeckung der Currywurst" Uwe Timma (która również została zekranizowana).

W powieści "Der Vorleser" aspekt romansu nie wysuwa się jednak na pierwszy plan. Najważniejszy zdaje się tu być motyw odpowiedzialności i kary za zbrodnię. O tym, że główna bohaterka, Hanna Schmitz, pojmuje wreszcie swój błąd, świadczy fakt, że po tym jak nauczyła się czytać, w więzieniu czyta książki o obozach koncentracyjnych i w końcu karze samą siebie za to, co zrobiła.

Zwiastun amerykańskiego filmu "The reader" (2008), ekranizacji książki (w reżyserii Stephena Daldry'ego):

The Reader

 I tu chciałabym krótko opisać, co myślę o tym filmie:

1. Hollywood zrobiło z książki Schlinka love story. W filmie zdecydowanie wysuwa się na pierwszy plan aspekt romansu, co jest oczywiście niesłuszne. Kiedy główna bohaterka popełnia w filmie samobójstwo, widzimy, że stoi na książkach, na których grzbietach czytamy m.in. słowo "love". Stąd wniosek, że zabija się z powodu nieszczęśliwej miłości. A to zdecydowanie koliduje z powieścią. Znając Hollywood, nie dziwi mnie jednak, że powieść przerobiono na love story. Dziwi mnie jednak zgoda Schlinka na taką ekranizację i pozwala przypuszczać, że chodziło w tym wszystkim o pieniądze.

2. Głupie zdaje mi się to, że w filmie, który jest przecież po angielsku, aktorzy mówią z niemieckim akcentem. Po co? Nie rozumiem sensu tego zabiegu. Jeśli już reżyser chciał udowodnić, że akcja dzieje się w Niemczech, trzeba było nakręcić film po niemiecku.

3. Kate Winslet, która zagrała Hannę Schmitz, powinna była dostać Oscara za jedną z innych swoich dobrych kreacji, bo przecież tak wiele ich było, a nie za kiepską ekranizację. Zresztą w wywiadach, których  udzielała w ramach promocji filmu, sama przyznawała, że w ramach przygotowania do roli skupiała się na analfabetyzmie, a nie na zbrodniach nazistowskich. Być może nawet nie wiedziała, o co w tym wszystkim chodziło.

4. W poprzednim punkcie napisałam "kiepska ekranizacja" właśnie dlatego, że jest to kiepska ekranizacja, a nie kiepski film. Film byłby jak najbardziej w porządku, gdyby nie była to ekranizacja książki. Dlatego może on się podobać przede wszystkim tym widzom, którzy nie czytali powieści.

5. Trzeba oczywiście docenić jak zwykle świetną rolę Ralpha Fiennesa - jednego z moich ulubionych aktorów. Zagrał on m.in. w "Liście Schindlera" Stevena Spielberga, o której napiszę niedługo.

6. Na koniec mogę powiedzieć, że mimo wszystko polecam ten film. Najpierw należy jednak przeczytać książkę. Inaczej nie będziecie wiedzieć, o co tak naprawdę chodzi w powieści Bernharda Schlinka.

piątek, 3 stycznia 2014

Haribo

Dzisiaj rozpoczynam serię o znanych markach wywodzących się z krajów niemieckojęzycznych.

Każdy chyba zna markę Haribo. Jest to jedna z najbardziej znanych niemieckich marek, producentów słodyczy. Siedziba koncernu znajduje się w Bonn. Firma została zarejestrowana 13.12.1920. Na początku kapitał firmy był niewielki. W 1922 roku założyciel Hans Riegel (właściwie Johann Riegel) wymyślił znanego misia Haribo - Gummibär. Nazwa wywodzi się z pierwszych liter imienia i nazwiska założyciela oraz miasta (Hans Riegel Bonn).

W 1935 roku powstała filia firmy w Kopenhadze. W 2000 roku firma była podejrzewana o zatrudnianie pracowników przymusowych podczas II wojny światowej, czemu producent oczywiście zaprzeczał. Po wczesnej śmierci założyciela (1945) interesy przejęła jego żona. W 1946 roku synowie Hans i Paul powrócili z wojennej niewoli i aktywnie włączyli się w prowadzenie firmy, przejmując w kolejnych latach kilka mniejszych przedsiębiorstw.

Dzisiaj Haribo ma ok. 6000 pracowników w pięciu zakładach w Niemczech i 10 w innych krajach Europy. Produkty są sprzedawane w ponad 100 krajach.

Niemieckie hasło reklamowe brzmi "Haribo macht Kinder froh - und Erwachsene ebenso". Polskie - Haribo smak radości.

Najsłynniejszym produktem Haribo są misie żelki - Gummibären. Mają one ok. 2 cm. Aby je odróżnić od miśków innych producentów, Haribo nazywa swoje tak właściwie nie Gummibären, lecz Goldbären. Cesarz Wilhelm II rzekomo chwalił miśki jako najlepsze, co wynaleziono w republice. Na opakowaniu jest napisane zresztą "Das Original seit 1922".

Reklama Haribo:

Haribo Werbung